niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział Trzeci





     Wiele razy w moim życiu byłam przerażona. Tak naprawdę większość czasu spędziłam kuląc się w kącie, albo bojąc się, co przyniesie następny dzień. Strach nie był mi obcy. Nie mógł być. Otulałam się nim, niczym znajomym kocem, przez lata. Teraz stojąc przed brązowymi drzwiami, starałam się uspokoić galopujące serce. Ręce miałam całe mokre od potu, więc wytarłam je gwałtownym gestem o jeansy. Mimo to, nie zapukałam. Wiedziałam, że gdyby ktoś mnie teraz zobaczył, stojącą na środku korytarza i wlepiającą zastraszony wzrok w zwykłe dębowe drzwi pomyślałby, że widzi wariatkę. Nawet nie wiem, czy ten ktoś tak bardzo by się pomylił. Sama czułam się, jakbym była niespełna rozumu. Nie wiedziałam nawet czego tak się obawiam. Że stracę szansę? Że nie zostanę przyjęta? Nie byłam aż tak zdesperowana, że musiałam mieć zajęcie od zaraz. Fakt, że potrzebowałam pieniędzy, ale nie aż tak.
     Nie, tutaj chodziło o coś innego. O myśl, że mogłam zostać odrzucona, znów czemuś nie podołałam, nie byłam dość dobra. Przez całe moje dotychczasowe życie słyszałam, jak to jestem beznadziejna.
     ,,Nie potrafisz się dopasować?"
     ,,Nie możesz choć raz być normalna?"
     ,,Nie potrafisz znaleźć przyjaciół?"
     ,, Nie możesz być córką, jaką chcemy byś była?"
     Czasami wydawało mi się, że naprawdę jestem nieudacznikiem. Były momenty, gdy zapominałam, że to nie chodzi o to, że nie potrafię, ale że nie chcę.
     Nie chciałam się dopasować. Nie chciałam być normalna. Nie chciałam mieć fałszywych przyjaciół. I co najważniejsze, NIE CHCIAŁAM być tą cholernie idealną córeczką. Jak mogłabym nią być, skoro oni też nie byli idealni?
     Tak więc, za tymi zwykłymi, dębowymi drzwiami nie krył się tylko mój potencjalny pracodawca, ale także odpowiedzi na pytania. Tego się bałam. Prawdy. Ale bez prawdy nie ma wolności, a tej pragnęłam mocniej niż czegokolwiek. Dlatego podniosłam trzęsącą się dłoń i zapukałam.

     - Proszę.

     Słysząc to ciche przyzwolenie, przełknęłam ślinę i złapałam za klamkę. Wydawało mi się, że otwierałam te drzwi w zwolniony tempie i dopiero, gdy przekroczyłam próg, czas ponownie ruszył do przodu. Znalazłam się w niewielkim gabinecie. Ściany pomalowano na ciemny granat, przy ścianach poustawiano regały, a naprzeciwko wejścia, biurko. To za nim siedział mężczyzna. Miał koło trzydziestki, ciemno brązowe włosy miał związane w kucyk, a gdy podniósł głowę, mogłam spojrzeć w jego brązowe oczy. Od razu zdenerwowana uciekłam wzrokiem w bok.

     - Tak? W czym mogę pomóc? - Odezwał się głębokim głosem, w którym można było wyczuć zniecierpliwienie.

     Od razu przeklęłam w myślach, przypominając sobie słowa ochroniarza o tym, że szef nie jest w dobrym humorze.

     - Nazywam się Selina Dowell i byłam tutaj z panem umów...

     - A tak, pamiętam - przerwał mi i podniósł się, wyciągając do mnie dłoń. - Mark Holt.

     - Miło mi panie Holt.

    - Mów mi Mark - ponownie przerwał mi mężczyzna. - Siadaj. - Wskazał mi krzesło. - Więc, chciałabyś tutaj pracować? Masz doświadczenie? Pracowałaś kiedykolwiek za barem, lub jako kelnerka?

     Posłusznie usiadłam na krześle i spojrzałam na Marka, choć najchętniej zapatrzyłabym się na swoje ręce, które zaplotłam na kolanach. Wbiłam paznokcie w skórę i zmusiłam się do mówienia.

     - Parę razy w wakacje pracowałam w kawiarni, w moim miasteczku. Potrafię obsługiwać klientów, poza tym mam dobre podejście do ludzi.

     Przynajmniej tych nieznajomych, dodałam w myślach.

     - Hmm, kawiarnia, a klub to dwie różne rzeczy, dziewczyno. Tutaj nie przychodzą zakochane pary, ani staruszkowie, a na pewno nie ci mili. U nas spotkasz napalonych facetów w okresie kryzysu wieku średniego, lub buców, którzy będą chcieli się do ciebie dobrać - przerwał i zaczął mi się przyglądać. - Jesteś ładna, nie sprawiasz wrażenia głupiej, dlaczego akurat chcesz pracować tutaj?

     Nie wiem, co bardziej mnie zdumiało. Stwierdzenie, że jestem ładna, czy to, że jestem mądra. Zdziwiłam się tak bardzo, że nie odpowiedziałam od razu, więc Mark mówił dalej.

     - Słuchaj, nie mówię nie, jasne? Po prostu nie potrzebuję problemów, ani dziewczyny, która zrezygnuje po pierwszym razie, gdy klient klepnie ją w tyłek. W każdy wieczór na sali jest ochronarz, który o was dba. Ale nie przyleci, gdy jakaś łapa was uszczypnie. To jest bar i choć nawet mi się to nie podoba, to faceci przychodzą tutaj również po to, by pooglądać kelnerki. Taka prawda, jasne? Więc...

     - Rozumiem - odparłam, w końcu odzyskując głos. - Naprawdę rozumiem i możesz być pewien, że nie jestem typem panikary. Poza tym umiem o siebie zadbać, a nawalone chłopczyki, które próbują szczęścia nie są mi straszni. Poradzę sobie.

     Mark nic nie powiedział na moje słowa. Oparł się wygodniej na krześle i się mi przypatrywał. Cisza, która nastąpiła tylko pogorszyła moją sytuację. Byłam kłębkiem nerwów, choć starałam się trzymać. Jedynie dłonie, które miałam nadal schowane przed jego wzrokiem, lekko się trzęsły.

     - Ok - odezwał się. - Myślę, że możesz spróbować - stwierdził, a ja poczułam, jak powietrze ucieka mi z płuc. - Ale na okres próbny, powiedzmy miesięczny? Po nim pogadamy jeszcze raz, ok?

     - Tak, oczywiście. - Czułam, jak moje usta rozciągają się w uśmiechu.

     - Idź do baru, jeśli się nie mylę dziś pracuje Mercy, ona ci wszystko pokaże i powie ci kiedy masz przyjść. Witamy na pokładzie. - Uśmiechnął się, po czym wrócił wzrokiem do papierów rozłożonych na biurku.

     Pojęłam, że zostałam odprawiona, więc wstałam z krzesła i ruszyłam w kierunku drzwi. Kiedy już naciskałam klamkę, zza moich pleców odezwał się ponownie Mark.

     - Gdybyś jednak miała jakiś problem, nie wahaj się do mnie przyjść. Nie zwalniam za byle co.

     Spojrzałam na niego przez ramię i kiwnęłam głową, po czym wyszłam z uczuciem, że tym razem podołałam.

* * * 

     Minutę później byłam już na sali, gdzie robiło się pomału tłoczno. Pierwsi klienci zajmowali stoliki, lub barowe krzesła. Stanęłam w przejściu nie wiedząc za bardzo, co z sobą począć. Miałam znaleźć Mercy, ale piekło jedno wiedziało,  jak ta dziewczyna wyglądała. Rozejrzałam się po klubie, modląc się, że może pojawi się wielki neon z imieniem tejże dziewczyny. Jak na złość kiedy trzeba nigdy nie pojawiają się niespodziewane rzeczy. Jak na przykład, gdy w pierwszej liceum wraz z Kim modliłyśmy się o cokolwiek do jedzenia umierając z głodu, oczywiście będąc spłukane. Tak to jest, gdy idzie się na wagary bez grosza przy duszy. I gdy już miałyśmy się poddać i wrócić do szkoły, ta cholerna szczęściara znalazła stu dolarowy banknot leżący sobie po prostu na dróżce, w parku. To się nazywa zwrot akcji. Ale cóż, wtedy także to Kim spotkała ta radość, nie mnie. Najwyraźniej ja jestem czołowym członkiem "załogi nieszczęście".
     Nie chcąc nadal sterczeć, jak ostatnia idiotka, wzięłam się w garść i ruszyłam do kontuaru. Nie patrząc kto za nim obsługuje, usiadłam na stołku. Mój błąd, przyznaję.

     - O! Dziewczyna z plaży, już po maglowaniu u szefa?

     Przerażona podniosłam oczy i spotkałam błękitne tęczówki biegacza, który miał na imię Dan i był kompletnym dupkiem.

     - I jak poszła rozmowa? Będziesz moją nową koleżanką z pracy? - mówił dalej, nic nie robiąc sobie z mojego milczenia. - Patrząc po twojej minie, to chyba nie. Wiem, wiem, teraz żałujesz wiedząc, że mogłabyś mieć za kolegę takie ciacho, jak ja - zaśmiał się. - Ale nic straconego promyczku, kończę za jakąś godzinkę i... - przerwał gwałtownie i jęknął, gdy ścierka uderzyła go w głowę z głuchym trzaskiem.

     - Zamknij się, Danny, albo powiem Markowi, że zamiast robić drinki, to zużywasz swoje siły na kiepski podryw - powiedziała dziewczyna, która pojawiła się, jakby znikąd. To ona trzymała ścierkę, która jeszcze chwilę temu miała bliski kontakt z głową chłopaka. - Poza tym, idioto, jej mina wyraża przerażenie. - Spojrzała na mnie. - Prawda?

     Nie odpowiedziałam, tylko kiwnęłam głową. Nieznajoma była chyba najbarwniejszą osobą, jaką kiedykolwiek widziałam. I to dosłownie. Włosy miała przefarbowane chyba na wszystkie kolory tęczy. Kolorowe pasemka mieszały się ze sobą tworząc ciekawe połączenie. Na sobie miała sprane, czarne jeansy i białą bluzkę, którą zdobiły wielkie plamy farby. Jej makijaż wyglądał w taki sposób, jakby na twarzy dziewczyny wybuchła bomba pasteli. Zwariowane, ale jak dla mnie, również odważne.

     - Nie przejmuj się nim. Zawsze zgrywa podrywacza, a tak naprawdę to błazen pierwszej klasy - mówiła nadal do mnie, ignorując Dana i  jego głośne ,,Ej!". - Jestem Mercy, a ty?

     Jak w transie uścisnęłam wyciągniętą dłoń dziewczyny, po czym zamrugałam i zdobyłam się na lekki uśmiech.

     -  Och, jestem Selina. Więc to do ciebie kazał mi przyjść Mark? Powiedział, żebym znalazła ciebie, a ty mi wszystko powiesz.

     - Jasne, koleżanko. Jestem tutaj nie tylko boską barmanką. ponętną kelnerką, ale i kierowniczką sali. Żeby ten palant jeszcze mi dodatkowo płacił. - Wywróciła oczami. - Ale, tak, to ja cię wciągnę w ten skomplikowany światek naszego klubu. Jesteś gotowa?

     Kiwnęłam głową i utkwiłam wzrok w Mercy.

     - Przyjdź jutro o osiemnastej, weź z szafki strój. Tu masz klucz. - Podała mi go spod lady. - Następnie przebierzesz się, weźmiesz tacę i ruszysz w tango z podpitymi kretynami - zamilkła, a ja nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.

     Patrzyłam na tę szaloną dziewczynę, a raczej na jej twarz, czekając aż zacznie się śmiać. Nie doczekałam się, a przynajmniej nie z jej strony. To Dan odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.

     - Mer, może wyjaśnisz jej coś więcej? Inaczej zaraz wybiegnie stąd z wrzaskiem, a Mark cię prawdopodobnie udusi.

     Mercy w końcu się uśmiechnęła i wzruszyła ramionami, po czym trzasnęła, już zapomnianą, szmatką w ramię chłopaka.

     - Dupek - odparła i ponownie spojrzała na mnie. - To, co powiedziałam, to prawda. Taka w skrócie, ale jednak. Na początek będziesz na sali obsługiwać klientów. Wybacz, ale bar to mój drugi dom i nie wpuszczam za niego nowicjuszy. Nie chciałam cię wystraszyć, poza tym cały czas pilnuje nas Drug, ochroniarz, więc nie ma się czego bać. To, jak widzimy się jutro?

     Uśmiechnęła się, a ja nie potrafiłam jej nie odpowiedzieć tym samym. Było coś w tej dziewczynie, co zjednywało ludzi. A na pewno mnie.

     - Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to promyczku, co z naszą randką? - spytał Dan, puszczając do mnie oko.

     Zerknęłam na Mercy, która wywróciła oczami i wybuchnęłam śmiechem.

     - Marz dalej - odpowiedziałam, a następnie zeskoczyłam ze stołka i machając im na pożegnanie, wyszłam z klubu.

* * * 

     Byłam przy aucie, gdy na niebie pojawiły się ciemne chmury i zaczął padać deszcz. Dwa kilometry później rozszalała się już burza. Nienawidziłam jeździć na takiej pogodzie. Z każdym zakrętem zaciskałam mocniej palce na kierownicy, a mięśnie miałam cały czas napięte. Kiedy tylko niebem wstrząsał grzmot, przechodziły mnie dreszcze.
     Tak, mogę się przyznać, bałam się burzy. Te całe pioruny, błyskanie i huk, doprowadzało mnie do paniki. Zawsze, gdy tylko była minimalne szansa na pogorszenie pogody zamykałam się w swoim pokoju i wkładałam słuchawki, by zagłuszyć dźwięki muzyką. Nocami nie spałam patrząc tępo w sufit i zaciskając powieki za każdym razem, gdy za oknem robiło się jaśniej za sprawą piorunu.
     Wtedy jadąc samochodem modliłam się, by jak najszybciej znaleźć się w domu. Poziom mojego zdenerwowania nie przekroczył jeszcze stanu hiperwentylacji, ale nie wiele mi do tego brakowało. Widząc więc znajome tereny, docisnęłam nogę do gazu i zaklęłam, gdy Garbi zamiast przyspieszyć, zaczął zwalniać.

     - Nie, do cholery! - krzyknęłam przestraszona wiedząc, że został mi jeszcze kilometr do domu.

     Zjechałam na pobocze i uderzyłam dłonią o deskę rozdzielczą. Kątem oka sprawdziłam licznik paliwa, który świecił się na czerwono.
     Pięknie, zaklęłam w myślach i wzdrygnęłam się, kiedy za oknem błysnęło. Roztrzęsiona sięgnęłam po torebkę i zaczęłam ją przeszukiwać. Z okrzykiem radości wyciągnęłam telefon i od razu jęknęłam. Z wyświetlacza biła czerń, a odbicie mojej twarzy w ekranie, szczerzyło się do mnie ironicznie. Zamknęłam oczy i oparłam głowę o zagłówek. Nic to mi nie dało, komórka nie naładowała się z magiczny sposób, auto nadal nie miało benzyny, miałam nerwy w strzępach, a moje płuca zaczęły nabierać niebezpiecznie duże ilości powietrza. Próbując wyrównać oddech, zaczęłam się rozglądać po okolicy. Nie widziałam wiele przez ulewę, ale wytężałam wzrok do granic możliwości. Na przemian prosiłam i groziłam, by tylko pojawiło się jakieś auto. Na marne.
     I gdy już traciłam nadzieję i pomału godziłam się z losem, coś przykuło moją uwagę. Małe światełko, które przedzierało się się pomiędzy drzewami. Decyzję podjęłam w jednej chwili. Gdybym się dłużej zastanawiała pewnie utknęłabym we własnym samochodzie do rana. Zgarnęłam torebkę, telefon, a następnie wyskoczyłam z auta. Byłam przemoczona do suchej nitki w chwili, gdy zamknęłam Garbi'ego. Kuląc się pod swoją bluzą, ruszyłam przed siebie. Nie musiałam iść daleko. Już parę metrów dalej zobaczyłam małą drewnianą chatkę, a raczej coś, co na nią wyglądało. Całokształt nie wzbudzał zachwytu. Drewniane bele, które przeżarły korniki, stara spłowiała dachówka. Przez jeden moment miałam zamiar wrócić do samochodu, gdy burza ponownie dała o sobie znać. Przeklinając pod nosem przebiegłam ostatni odcinek i stanęłam pod małym daszkiem. Cała ociekałam wodą, do tego było mi potwornie zimno. Już czułam, że kolejne dni miną mi pod znakiem choroby. Teraz miałam jednak inny problem.
     Spojrzałam na drzwi i się wzdrygnęłam. Mała rudera na pustkowiu. Nagle zaczęły mi się przypominać wszelkie scenariusze horrorów, które oglądałyśmy wraz z Kim przez ostatnie lata. Każdy z nich miał ze sobą coś wspólnego - głupią główną bohaterkę.
     Pokręciłam głową na te durne myśli, ale one jednak nie zniknęły. Mimo to podniosłam zwiniętą w pięść dłoń i zapukałam. Odpowiedziała mi cisza, nie licząc oczywiście szalejącą nade mną zawieruchy. W oknie paliło się światło, ale to jeszcze nie oznaczało, że ktokolwiek był w domu. Kto choć raz nie zapomniał zgasić lampy przed wyjściem z domu? Zrezygnowana odwróciłam się tyłem i ze zmarszczonymi brwiami spojrzałam w stronę, gdzie zostawiłam auto. Rozbiłam już krok przed siebie, gdy z cichym krzykiem podskoczyłam do góry. Dwie rzeczy zdarzyły się w jednej chwili. Niebo rozdarł grzmot donośniejszy niż dotychczas, a zarazem tuż za mną rozległ się szorstki głos:

     - Kim jesteś i czego tutaj szukasz?

     Odwróciłam się ze strachem, a serce na moment przestało mi bić.

* * *

Po (bardzo) długiej przerwie, wróciłam. 
Tak, jak w poprzedniej notce, nie wiem, co mogłabym napisać.
Tęskniłam!
Tak, to na pewno. Za tym opowiadaniem, za wami, za waszymi historiami. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo było mi tego brak.
Mam łzy w oczach, gdy dodaję ten rozdział. I nie wiem, czy to z radości, czy z bólu, że tak długo mnie nie było. 
Mam nadzieję, że wam się on spodoba.

Chciałabym też podziękować wam wszystkim, którzy tutaj pisali. Wasze komentarze, wsparcie i miłe słowa dodały mi sił.
Dziękuję wam wszystkim, jak i każdemu z osobna.
Szczególne podziękowania przesyłam Sparrow. Jestem ci ogromnie wdzięczna za wiadomości, kochana. Za chęć rozmowy i słowa otuchy. 

Dziękuję!



Ps. Za wszystkie błędy przepraszam, a jest ich pewnie cała masa...Cóż, taka przerwa pisaniu nie służy...